banerro (kopiuj)

Mityczny Talent

Social

szukajka

ADSENSE

"Ember in the Ashes. Pochodnia w Mroku"- Recenzja

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

                                                                          Ember in the Ashes. Pochodnia w Mroku

 

Pierwszy tom z serii "Ember in the Ashes" spotkał się ze świetnym odbiorem czytelników i w krótkim czasie urósł do rangi bestsellera. To młodzieżowe fantasy wzbudziło zachwyt i wybiło się wśród wielu pozycji tego gatunku. "Imperium Ognia" opowiada o dwójce bohaterów, którzy buntują się przeciw rządzonemu okrutną ręką Imperium. Po blisko roku pojawiła się druga część, która jest kontynuacją ich wcześniejszych przygód i utrzymała równie wysoki poziom. W czym tkwi fenomen tej fantastycznej sagi?

Sabaa Tahir przedstawia nam świat wzorowany na czasach starożytnych. Można w nim spotkać kilka ras ludzi. Wojanie są potężni, potrafią wykuwać stal i panują nad pozostałymi. Scholarzy ze względu na niższy poziom postępu wiodą nędzny i niewolniczy żywot. Pojawiają się również Plemieńcy, którzy wędrują na granicach mocarstwa. Tereny są w dużej mierze pustynne, co w połączeniu z tymi ostatnimi przypomina znaną nam Afrykę. Mamy tu dość rozbudowane połączenie. Panujący Wojanie reprezentują Imperium, które ze względu na ustrój i podział klasowy można przyrównać do Cesarstwa Rzymskiego. Jako jedyni potrafią wykuwać stal, co daje im przewagę na polu bitewnym. Niektórzy z nich przechodzą w młodości morderczy trening bojowy, by stać się później Maskami, czyli elitarnymi wojownikami, budzącymi w innych skrajne przerażenie. Ich niewiarygodne umiejętności i pełne stalowe uzbrojenie, czynią z nich maszyny do zabijania. Bez wątpienia kojarzy się to z greckimi Spartanami. Mniej zaawansowani Scholarzy nie mają z nimi żadnych szans. Tak im słodko życie płynie, gdy w pewnym momencie, na skutek dramatycznych wydarzeń, buntuje się dwoje przedstawicieli obu nacji. Tak poznajemy naszych głównych bohaterów. Laia reprezentuje kastę Scholarów i posiada ukryte magiczne zdolności. Elias natomiast jest byłym uczniem Akademii Czarnego Klifu, czyli niedoszłą Maską.

Głównym wątkiem jest oczywiście ratowanie świata przed złym Imperatorem. Schemat ten, chociaż został już wielokrotnie powielony, nie rujnuje nam przyjemności z czytania. Jest tak, ponieważ treść skupiona jest na psychologii naszych bohaterów. Muszę przyznać, że autorka wspaniale przemyślała sobie postacie i ich wewnętrzne rozterki. Znajdujący się w trudnym położeniu Laia i Elias przechodzą wewnętrzną przemianę. Nie dokonują oni bezsensownych heroicznych czynów. Za każdym razem poznajemy te nietuzinkowe emocje, które ich do tego skłaniają. Nutkę tajemniczości wprowadza natomiast Komendatka, nasz czarny charakter.

Wydarzenia drugiego tomu skupiają się w większości z dala od stolicy Imperium. Misja dwojga bohaterów zdaje się być pretekstem do wprowadzenia szeregu innych elementów, które rozczłonkowują akcję. Szablon został nieco przełamany i na horyzoncie zaczyna nakreślać się coś nowego. Powitałem to z wielką radością i chętniej zabrałem się do lektury. To jest coś, czego wcześniej brakowało mi w tej serii. Rozbudowały się również motywy fantastyczne. Narastają one do końca trwania powieści i przyjmują ostatecznie potężny wymiar, który ma wpływ na fabułę.
O ile w „Imperium Ognia” nie było dużo miejsca na uczucie kiełkujące w naszych bohaterach, tak w „Pochodni w Mroku” pojawia się ono znacznie częściej. Nie jest co prawda dominującą częścią, ale rozgrywa się obok głównych wydarzeń i przykuwa uwagę na tyle, że momentami staje się ciekawsze od głównego wątku. Podoba mi się pomysł wdrażania z czasem kolejnych detali. Minusem natomiast jest główny wątek i misja, która okropnie ciągnie się przez całą książkę. Wydawałoby się, że powinna być punktem kulminacyjnym, natomiast w pewnym momencie stała się nieco nudna i naszło mnie wrażenie, że straciła totalnie na znaczeniu. Mimo wszystko jasne jest, że bohaterowie muszą nią podążać, a czytelnik wraz z nimi.

Drugi tom serii „Ember in the Ashes” przerósł moje oczekiwania. Spodziewałem się kontynuacji lekkiego fantasy. Fabuła jednak rozgałęziła się na boki wystarczająco, by przykuć moją większą uwagę. Trzecia część zapowiada się więc obiecująco. Polecam tę pozycję wszystkim, którzy czerpią przyjemność z samej przygody i szukają równocześnie nieco bardziej skomplikowanych charakterów .

Nowości - Recenzje

 

Strażnicy Galaktyki vol.2

 

4 maja premierę miała kolejna część Marvelowskiej opowieści o kosmicznych bohaterach- „Strażnicy Galaktyki vol.2”. W filmie pojawiła się znana z pierwszej części grupa przyjaciół, jednak nieco zmieniona i powiększona o inne postaci. Jak w przypadku poprzedniej ekranizacji, i tym razem, nieustraszony skład musiał stawić czoła przeciwnościom i ocalić Galaktykę.

 

 

 

 

Do kin weszła właśnie druga część Strażników Galaktyki. Marvel serwuje nam przygody zgranej paczki przyjaciół, która ponownie stawia czoło wielkiemu niebezpieczeństwu i robi to w świetnym stylu.

Akcja w filmie jest na najwyższym poziomie. Połączenie technologii Sci-Fi, niewiarygodnych umiejętności bohaterów i dynamicznych animacji sprawiło, że momentami przenosiłem się na pole walki. W większość scen, również tych spokojnych, wpleciony był akcent humorystyczny, który został dobrany w tak odpowiedni sposób, że nie powodował przesytu i miło witałem każdy kolejny.

Jak na film akcji, tej jednak nie było wcale tak dużo. Środkowa część seansu skupiła się na relacjach między poszczególnymi bohaterami. Poprzez pokonywanie trudności wzmacniali oni swe więzi, co było kluczowe dla osiągnięcia sukcesu. W międzyczasie dowiedzieliśmy się dużo o ich historii, charakterze i motywach. Nabyliśmy sympatii do awanturników, którzy odnaleźli w sobie rodzinę, jakiej nigdy nie mieli. Całość skończyła się w sposób, który sprawił, że łezka zakręciła się w oku, czego wcale się nie spodziewałem.

W „Strażnikach Galaktyki vol. 2” znalazłem sporo świetnej zabawy, ciekawe dopełnienie i emocjonujący finał, czyli wszystko czego mogłem oczekiwać od tego typu produkcji.

 

 

 

 

Teza mówiąca, że drugie części filmów są słabsze od pierwszych, nie zawsze jest słuszna. Tym razem mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że „Strażnicy Galaktyki vol.2” byli produkcją zrobioną nieco lepiej. Oglądając najnowszą część czułam wiele skrajnych emocji, od radości aż po smutek.

Zupełnie inaczej postrzegałam niektóre postaci, przez co, w tej części, zaczęłam bardziej doceniać  Małego Groota i Draxa, a nie jak w pierwszej części Petera Quill’a. Doszło też kilka nowych postaci, jak na przykład Ego, który, co ciekawe, nawet na chwilę nie wzbudził mojej sympatii.

Część druga obfitowała w dużo więcej żartów, zrobiona była bardziej komediowo, niż pierwsza. Nie zabrakło w niej także znanych utworów, które w znaczny sposób tworzyły klimat filmu. Już od pierwszej sceny, muzyka stanowiła ważny element całości.

Nie spodziewałam się, że typowo rozrywkowa produkcja będzie w stanie wywołać we mnie smutek i wilgotne oczy, jednak twórcy dołożyli wszelkich starań, by film nie opierał się jedynie na pustym humorze. Dzięki sprytnym manewrom na uczuciach widza, wiele postaci zyskało w moich oczach, choć początkowo nie spodziewałam się, że mogą się oni zmienić.

Jeśli jeszcze wahacie się czy iść do kina, to przestańcie! „Strażnicy Galaktyki vol.2” zdecydowanie są warci obejrzenia i przypadną do gustu nie tylko fanom twórczości Marvela.

 

 

 

 

                                                                                    Czarna Pantera

 

El Dorado z Vibranium i strzegący go superbohater. Tak jednym zdaniem można opisać „Czarną Panterę”, która 22 lutego 2017 roku weszła na światowe ekrany, a 14 lutego 2018 roku pojawiła się w polskich kinach. Jest to kolejna Marvelowska produkcja wyreżyserowana przez Ryana Coogler’a. Film opowiada historię państwa- Wakandy, która skrywa wartościowy sekret i pilnującego go króla o niezwykłych zdolnościach.

 

 

 

 

Piszę tę recenzję z punktu widzenia osoby, która po raz pierwszy spotkała się z jego tytułowym superbohaterem, więc nie będę odnosił się do serii komiksowych, z których jest znany oraz innych ich adaptacji.

Tym, co moim zdaniem wyróżnia „Czarną Panterę” od licznych produkcji Marvela jest naturalna sceneria. Wielkie otwarte przestrzenie, górskie krajobrazy i dzika przyroda występują tu znacznie częściej ze względu na umiejscowienie akcji, która w znacznej części rozgrywa się w afrykańskim kraju Wakanda. Jego ukryta stolica jest harmonijnym połączeniem miasta o wysoko rozwiniętej technologii ze starożytną kulturą jego mieszkańców i ich tradycją. Odejście od rzadziej ukazanych amerykańskich aglomeracji nadaje produkcji powiewu świeżości. Dzięki temu poczułem się na chwilę wolny od ich ciężkiego klimatu.

Sama postać Czarnej Pantery jest również zaskakująca i ciężko jednoznacznie nazwać ją superbohaterem. Pomimo nadludzkich zdolności i charakterystycznego stroju, jest to raczej funkcja przekazywana sobie przez kolejnych królów Wakandy. Podczas seansu zgubiłem gdzieś możliwość związku tego herosa z innymi komiksowymi postaciami, tak jakby istniał on w zupełnie osobnym świecie.

Fabuła od samego początku ma za zadanie wprowadzić nas do tego uniwersum, jest jednak średnio ciekawa. Wydarzenia dotyczą głównie samej Wakandy i zmian jakie w niej zachodzą. Standardowy wątek ratowania świata przed zagładą wydaje się mieć w tym przypadku mniejsze znaczenie. Dopiero jego skutek nabiera na ważności, gdyż być może właśnie on otwiera furtkę do całego panteonu Marvela. Zabrakło mi w tym filmie humoru, który mógłby uprzyjemnić czas pomiędzy kluczowymi momentami i scenami walki.

Na pochwałę zasługują na pewno grafika i efekty specjalne. Rzut na stolicę afrykańskiego państwa wygląda naprawdę zdumiewająco, a podczas bitew można poczuć prawdziwość użytej w nich zaawansowanej technologii.

Aktorzy wcielający się w role również spisali się świetnie i każdy z nich wnosi od siebie coś ciekawego do tej produkcji.

 

Sceneria, grafika i dobór aktorów są więc dla mnie największymi plusami Czarnej Pantery. Razem tworzą one zaskakująco fantastyczny klimat, różniący się nieco od innych filmów o superbohaterach. Do minusów zaliczyłbym głównie liniową fabułę, poprzetykaną mało ciekawymi wątkami. Jako fan superbohaterów mam mieszane uczucia co do całości. Poleciłbym jednak Czarną Panterę jako odskocznie od znanego nam standardu.

 

 

 

„Czarna Pantera” wywołała we mnie bardzo skrajne odczucia, od pozytywnego zaskoczenia po lekkie znudzenie. Na ogromny plus zasługuje przede wszystkim postać superbohatera, ponieważ, w przeciwieństwie do Spidermana, Hulka czy Supermana, nie jest on Czarną Panterą na wyłączność. Każdy ochotnik mógłby się nią stać, gdyby tego zechciał.

Sporą zmianą w stereotypie bohatera jest także zasięg działania Czarnej Pantery, która skupia się na ochronie własnego państwa, a nie całego świata. Według mnie, jest to pozytywna odmiana. Wiąże się z tym kolejna cecha charakterystyczna produkcji, którą jest osadzenie akcji nie tylko, w dobrze nam znanych, wielkich miastach, lecz na terenie afrykańskich równin. Mimo, iż miasto wokół którego kręci się fabuła, jest zdecydowanie bardziej zaawansowane technologicznie niż reszta świata, to pozostaje w nim trochę tradycyjnych elementów.

Film zapulsował u mnie także humorem, prezentowanym szczególnie przez siostrę tytułowej Czarnej Pantery. Dzięki niemu, cała akcja nabierała lekkości, co pozwalało na przyjemniejszy odbiór.

 

Pomimo wielu plusów, „Czarna Pantera” nie zachwyciła mnie na tyle, bym wyczekiwała z utęsknieniem kolejnej części, a sądząc po niedopowiedzianym zakończeniu, taka może się pojawić. Zabrakło mi w niej więzi widza z bohaterem, która zmusiłaby do wzruszeń i przeżywania akcji z ekranu. Niestety, „Czarna Pantera” jest dla mnie filmem na raz.

 

 

Opowieść o Kullervo

 

Gdy znalazłem informację, że wkrótce pojawić ma się niepublikowana wcześniej historia pióra J.R.R. Tolkiena, to już wiedziałem, że czeka mnie świetna lektura i… nie pomyliłem się. Opowieść o Kullervo została odczytana z rękopisu tegoż prekursora fantasy i wydana, wraz z notatkami, pod redakcją Verlyn Flieger. Tolkien wzorował się na fińskim eposie Kalevala, który w czasach pogańskich był przekazywany w formie ustnej. Autor nie dokończył prac, więc nie ma pewności jak miała wyglądać ostateczna wersja tej opowieści. Była to jednak jedna z jego pierwszych prób pisarskich i miała ogromny wpływ na późniejszą, znaną nam twórczość.

Pierwsze słowa „In the days when magic was yet new” są kluczowe zarówno dla dorobku pisarza, samej historii, jak i formy, w której została spisana. Nie odeszła ona bowiem daleko od niespójnych, nieco chaotycznych przedchrześcijańskich wierzeń. Muszę przyznać, że czytając tę opowieść po raz pierwszy doznałem szoku. Znając ramy naszej europejskiej literatury, której elementy są zawsze oprawione i dostosowane odpowiednio do kultury (głównie chrześcijańskiej), nie spodziewałem czegoś tak bezpośredniego. Przyzwyczaiłem się, że jeśli „dobry” bohater umiera w heroicznej walce, to są temu poświęcone długie, wręcz pochwalne wersy, nawet jeśli nie odgrywa on żadnej większej roli. Tutaj tego nie ma. Umiera bez ogródek, a cały jego dorobek zostaje zniszczony. Zmierzam jednak do czegoś innego. Nie jest szokujące to jak bohater umiera, ani ile linijek tekstu jest temu poświęconych, tylko to jak silne emocje potrafi wywołać ten tekst. Większość z nas pamięta pewnie z lekcji języka polskiego „Pieśń o Rolandzie”. Mi się to bardzo nie podobało i większość czasu się nudziłem. Naprawdę super, że opiewamy takie czyny, jednak przez tę całą otoczkę nie trafia do nas najważniejsze, czyli śmierć Rolanda i to co temu towarzyszy – groza, żałość, gorycz. Nie czułem tego czytając inne lektury, trafiło do mnie dopiero wczesnoeuropejskie podanie, które ukazuje sprawy takie jakimi są. Wygląda na to, że zwięzły opis jest bardziej prawdziwy od długich rozwodów. Całość jest napisana w tym stylu i poruszyła mnie do głębi. Nie dziwię się, że Kalevala stała się natchnieniem dla Tolkiena.

To nie wszystko co „Opowieść o Kullervo” ma nam do zaoferowania. Świetne są też wątki fantastyczne, naprawdę wyobraźnia ludzka nie zna granic. Uwielbiam momenty kiedy w grę wkracza magia i przenosi nas w swój świat. Jeden moment zainspirował mnie do tego stopnia, że zamierzam stworzyć ilustrację na jego podstawie.

Opowieść jest jednak tragiczna i nie wszystkim może się to spodobać. Jej przewodnie elementy to nienawiść, gniew, strach i smutek. Tytułowy Kullervo przypomina dobrze znanego nam Edypa i znacząco się różni od najbardziej znanych bohaterów Tolkiena, chociaż istnieją pewne podobieństwa, które warto wyłapać podczas lektury.

Pomimo, że historia jest pełna okropieństw i to w bezpośredni, często brutalny sposób przedstawionych, jest piękna. Chociaż jej motywy przewodnie były już wałkowane przez wieki, to czuję niedosyt. Skłoniło mnie to do przeczytania opowieści po raz drugi.

Podsumowując, gorąco polecam tę książkę wszystkim fanom fantastyki i nie tylko, ponieważ elementy fantasy nie grają tutaj głównej roli. Zaznaczam przy tym, że jest ona skierowana do dojrzałych czytelników zarówno ze względu na treść jak i bagaż przemyśleń. „Opowieść o Kullervo” rzuciła światło na coś, z czego nie zdawałem sobie wcześniej sprawy i czuję się teraz bogatszy w moich przemyśleniach.

                                                                          Ember in the Ashes. Pochodnia w Mroku

 

Pierwszy tom z serii "Ember in the Ashes" spotkał się ze świetnym odbiorem czytelników i w krótkim czasie urósł do rangi bestsellera. To młodzieżowe fantasy wzbudziło zachwyt i wybiło się wśród wielu pozycji tego gatunku. "Imperium Ognia" opowiada o dwójce bohaterów, którzy buntują się przeciw rządzonemu okrutną ręką Imperium. Po blisko roku pojawiła się druga część, która jest kontynuacją ich wcześniejszych przygód i utrzymała równie wysoki poziom. W czym tkwi fenomen tej fantastycznej sagi?

Sabaa Tahir przedstawia nam świat wzorowany na czasach starożytnych. Można w nim spotkać kilka ras ludzi. Wojanie są potężni, potrafią wykuwać stal i panują nad pozostałymi. Scholarzy ze względu na niższy poziom postępu wiodą nędzny i niewolniczy żywot. Pojawiają się również Plemieńcy, którzy wędrują na granicach mocarstwa. Tereny są w dużej mierze pustynne, co w połączeniu z tymi ostatnimi przypomina znaną nam Afrykę. Mamy tu dość rozbudowane połączenie. Panujący Wojanie reprezentują Imperium, które ze względu na ustrój i podział klasowy można przyrównać do Cesarstwa Rzymskiego. Jako jedyni potrafią wykuwać stal, co daje im przewagę na polu bitewnym. Niektórzy z nich przechodzą w młodości morderczy trening bojowy, by stać się później Maskami, czyli elitarnymi wojownikami, budzącymi w innych skrajne przerażenie. Ich niewiarygodne umiejętności i pełne stalowe uzbrojenie, czynią z nich maszyny do zabijania. Bez wątpienia kojarzy się to z greckimi Spartanami. Mniej zaawansowani Scholarzy nie mają z nimi żadnych szans. Tak im słodko życie płynie, gdy w pewnym momencie, na skutek dramatycznych wydarzeń, buntuje się dwoje przedstawicieli obu nacji. Tak poznajemy naszych głównych bohaterów. Laia reprezentuje kastę Scholarów i posiada ukryte magiczne zdolności. Elias natomiast jest byłym uczniem Akademii Czarnego Klifu, czyli niedoszłą Maską.

Głównym wątkiem jest oczywiście ratowanie świata przed złym Imperatorem. Schemat ten, chociaż został już wielokrotnie powielony, nie rujnuje nam przyjemności z czytania. Jest tak, ponieważ treść skupiona jest na psychologii naszych bohaterów. Muszę przyznać, że autorka wspaniale przemyślała sobie postacie i ich wewnętrzne rozterki. Znajdujący się w trudnym położeniu Laia i Elias przechodzą wewnętrzną przemianę. Nie dokonują oni bezsensownych heroicznych czynów. Za każdym razem poznajemy te nietuzinkowe emocje, które ich do tego skłaniają. Nutkę tajemniczości wprowadza natomiast Komendatka, nasz czarny charakter.

Wydarzenia drugiego tomu skupiają się w większości z dala od stolicy Imperium. Misja dwojga bohaterów zdaje się być pretekstem do wprowadzenia szeregu innych elementów, które rozczłonkowują akcję. Szablon został nieco przełamany i na horyzoncie zaczyna nakreślać się coś nowego. Powitałem to z wielką radością i chętniej zabrałem się do lektury. To jest coś, czego wcześniej brakowało mi w tej serii. Rozbudowały się również motywy fantastyczne. Narastają one do końca trwania powieści i przyjmują ostatecznie potężny wymiar, który ma wpływ na fabułę.
O ile w „Imperium Ognia” nie było dużo miejsca na uczucie kiełkujące w naszych bohaterach, tak w „Pochodni w Mroku” pojawia się ono znacznie częściej. Nie jest co prawda dominującą częścią, ale rozgrywa się obok głównych wydarzeń i przykuwa uwagę na tyle, że momentami staje się ciekawsze od głównego wątku. Podoba mi się pomysł wdrażania z czasem kolejnych detali. Minusem natomiast jest główny wątek i misja, która okropnie ciągnie się przez całą książkę. Wydawałoby się, że powinna być punktem kulminacyjnym, natomiast w pewnym momencie stała się nieco nudna i naszło mnie wrażenie, że straciła totalnie na znaczeniu. Mimo wszystko jasne jest, że bohaterowie muszą nią podążać, a czytelnik wraz z nimi.

Drugi tom serii „Ember in the Ashes” przerósł moje oczekiwania. Spodziewałem się kontynuacji lekkiego fantasy. Fabuła jednak rozgałęziła się na boki wystarczająco, by przykuć moją większą uwagę. Trzecia część zapowiada się więc obiecująco. Polecam tę pozycję wszystkim, którzy czerpią przyjemność z samej przygody i szukają równocześnie nieco bardziej skomplikowanych charakterów .

Trylogia - okładka

 

Wszyscy znamy powieści historyczne Henryka Sienkiewicza. Pozycje te są klasyką w kanonie literatury polskiej i znajdują się na liście lektur obowiązkowych w procesie nauczania. Mamy więc z nimi styczność już od najmłodszych lat, co sprawia, że nasza postawa wobec twórczości Sienkiewicza jest już w pewien sposób ugruntowana. Czy jest możliwe, aby historia Polaków, spisana na kartach papieru ponad sto lat temu, miała charakter fantastyczny? Nowe wydanie „Trylogii” zwiastuje przełom w postrzeganiu tegoż kultowego cyklu.

„Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.” Przytoczony cytat z „Ogniem i Mieczem” rozpoczyna naszą czytelniczą przygodę i jest wstępem do pełnych opisów natury, które towarzyszą nam przez całą podróż. Nie są one napełnione fantastycznymi zjawiskami jakie znajdziemy u Tolkiena, jednak sprawiają nieodparte wrażenie, że przyroda reaguje na nadchodzące wydarzenia. Jeżeli mamy do czynienia z realnym światem, w dużej mierze zgodnym z prawdziwą historią, to jest dość niezwykłe, by zjawiska atmosferyczne wpasowywały się w nastrój aktualnych sytuacji.  Kometa zwiastująca klęski spełnia przecież tę samą rolę, co ta z „Sagi Lodu i Ognia”. Naprawdę warto zwrócić na to uwagę. Takie zabiegi tworzą niesamowity klimat, należy jednak pamiętać, że nie mamy tu do czynienia z czymś nieracjonalnym. Można powiedzieć raczej o zbiegu okoliczności w iście fantastycznym stylu. Znacznie ciekawsze jest jednak to, co dzieje się na ziemi. W światach fantasy występują przeróżne stworzenia, których w „Trylogii” nie uświadczymy. Jest to oczywiste biorąc pod uwagę fakt, że fantastyką jaką dziś znamy, w czasach Sienkiewicza jeszcze nie istniała. Tak więc zbroi nie wykuje nam krasnolud, a na niebie nie zobaczymy przelatującego gryfa. Są one obce naszej historii. Co innego tyczy się duchów. Te istoty są mocno zakorzenione w polskim folklorze i autor skorzystał z tego, nadając grozę wydarzeniom. Oprócz zjaw, w cyklu znajdziemy również wiedźmę, czyli kobietę uprawiającą magię. Mamy więc kolejny klasyczny element fantastycznej układanki, który nie wymaga tłumaczenia. Bohaterowie są realni na tyle, na ile realne jest machanie ogromnym Zerwikapturem przy użyciu jednej ręki. Pomijając fakt niewielkiej użyteczności tak ciężkich mieczy jak ten Longinusa Podbipięty, ten przykład wyraźnie kształtuje nam cechę herosów jaką jest nadludzka siła. Pan Wołodyjowski natomiast jest tak dobrym szermierzem, że kto wie… być może mógłby stanąć w szranki z samym Geraltem z Rivii i mieć szanse na zwycięstwo. Nasza sienkiewiczowska paczka dość nieźle wpasowuje się w ramy Heroic Fantasy.

 

Wszystkie wymienione powyżej elementy są mocno ograniczone i w młodości nawet nie zwróciłem na nie uwagi. Być może szkoła nałożyła pewne ramy i nie zostawiła wiele miejsca na własne przemyślenia. Oczywiste jest, że nie możemy mówić o „Trylogii” Sienkiewicza jako o cyklu powieści fantastycznych. Takie stwierdzenie daleko mija się z prawdą. Nie ma jednak wątpliwości, że dzięki tej niewielkiej nadnaturalnej otoczce całość zyskała wyjątkowego klimatu i poruszyła serca Polaków. Teraz wiem, że warto wrócić do niektórych lektur i o odnaleźć w nich coś nowego, coś co przeoczyło się ostatnim razem. Jeśli chodzi o dzieła Sienkiewicza, nadarzyła się ku temu wyjątkowa okazja w postaci nowego wydania „Trylogii” w jednym tomie. Została ona wzbogacona o fantastyczne ilustrację Piotra Arendzikowskiego i posłowie napisane przez Andrzeja Olejnika, traktujące na temat innego odbioru cyklu w dzisiejszych czasach.

 

 







 

Harry Potter i przeklęte dziecko

 

Po dziewięciu latach od pojawienia się ostatniego tomu przygód Harrego Pottera, nadeszła premiera nowego dzieła ze świata czarodziejów – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. Dla mnie, jak i dla wielu, szokującym był fakt, że nie zostało ono spisane w formie powieści, lecz jako sztuka teatralna. Jej premiera odbyła się 30 lipca 2016 roku w londyńskim Palace Theatre, a wkrótce potem została wydana wersja książkowa (w Polsce 22 października 2016 r.).

Dramat składa się z dwóch części, co w mym odczuciu jest zbędnym podziałem, ponieważ historia, chociaż rozłożona w czasie, stanowi jedną spójną całość i gdybym musiał przerwać ją po pierwszej części, to nie wiedziałbym dlaczego właściwie się nagle skończyła. Na szczęście obie części zostały wydane jednocześnie i w jednej książce, więc podział tyczy się tylko spektaklu, który można obejrzeć w całości lub na dwa razy.

Sztuka bazuje na poprzedniej serii. Muszę przyznać, że spodziewałem się niemal całkowitego odejścia od przeszłości, a okazało się ono jedynie częściowe. Nie nazwałbym jej jednak kontynuacją wcześniejszych przygód, raczej dodatkiem po latach.

Pojawia się para nowych postaci, które pełnią główne role. Dzięki formie w jakiej zostały spisane ich przygody, poznajemy je jedynie po słowach i czynach, co według mnie okazało się dobrym rozwiązaniem. Problemy przed jakimi stają  są ciekawe i skłaniają do przemyśleń. W takiej sytuacji cieszę się z nieobecności narratora, który siedzi w głowach bohaterów powieści i mówi nam co tam się dzieje.

Fantastyka słynie ze swoich nierealnych opisów świata. Uwielbiamy zachwycać się czymś nieznanym, czymś magicznym. W tym przypadku z wiadomych względów tych opisów brakuje, dostajemy jedynie krótkie przedstawienie lokacji, w której toczy się akcja. Nie stanowi to jednak problemu, ponieważ po siedmiu częściach powieści i ich ekranizacjach, większość z tych miejsc jest nam znajoma, resztę ukaże wyobraźnia. Takie rozwiązanie pozwala nam skupić się na akcji, która dzieje się szybciej i pochłania całą naszą uwagę. Przeczytałem więc całość jednym tchem, pomimo późnej już godziny. Dynamika zrekompensowała mi brak fascynujących opisów.

Po przeczytaniu całości mam pewien niedosyt. Po cichu liczyłem na więcej nowości. Jako sztuka teatralna „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” z pewnością przynosi dużo emocji i rozrywki. W formie czytanej jednak tego brakuje, dlatego tę pozycję polecam przede wszystkim tym, których interesują późniejsze dzieje ulubionych bohaterów. Sam natomiast chętnie udałbym się na spektakl.

Copyright © 2015 mitycznytalent.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone.
sobota, luty 24, 2018